
Zdobyli Rzym i zaliczyli Alpy !!! Dwóch gladiatorów z Nizin mieszkających w Słońsku w osobach Adrian Nietreba i Wojciech Stybel uzbrojonych w przeładowane sakwami rowery, podbiło wieczne miasto. Licząca 2100 km, trwająca 25 dni podróż, wybrukowana zmęczeniem, przygodą, pasją, widokami pasma Alpejskiego, gór Pirenejskich, Morza Adriatyckiego, historycznych budowli, to tylko szczypta esencji piątej rowerowej wyprawy. Nasza przygoda z rowerami zaczęła się w 2007 roku od pierwszej niewinnie zaczynającej się trzydniowej wyprawy do Częstochowy (450km).
Rok 2008 był zapoczątkowaniem prawdziwych Wypraw. Wystartowaliśmy z ronda w Słońsku w drodze do Częstochowy, Krakowa i Wadowic. Podróż była zakręcona jak wspomniane rondo i trwała 10 dni, liczyła około 800 km . W 2009 roku wkroczyliśmy na ścieżkę profesjonalizmu. Jednolicie ubrani w koszulki kolarskie zakupione przez Pana Franciszka Jamniuka z logo jego firmy oraz kurtkami rowerowymi z logo banku GBS i z coraz to nowymi gadżetami rowerowymi przemierzyliśmy szlaki bałtyckich plaż, aż po Hel i mazurskich jezior - w sumie 980 km w dwanaście dni. W ubiegłym roku pękł pierwszy tysiąc. W ciągu 12 dni pokonaliśmy 1150 km zwiedziliśmy Poznań, Licheń, Konin, Łowicz, Pruszków, Warszawa, Kazimierz Dolny, Sandomierz, Pacanów oraz Kraków. To był znak, że jesteśmy już gotowi na zagraniczną wyprawę do Wymarzonej Italii. W ciągu pięciu lat upiekliśmy wielki, bo pięciopiętrowy tort, na szczycie którego zamierzaliśmy postawić wisienkę o włoskim smaku.
W tym roku postanowiliśmy zrealizować nasze marzenie. Na rowerach wyruszyliśmy 31 lipca z Wrocławia, jadąc w kierunku Wałbrzycha i granicy polsko-czeskiej. Pierwszymi górskimi widokami obdarzyły nas Sudety. To tam zaczynały się podjazdy pod Sowie wzniesienia, które nie sprawiły nam trudności, lecz przygotowywały nasze nogi. Jeszcze na dobre nie ruszyliśmy, a w Świdnicy Wojtkowi pękła szprycha. Usterkę naprawił emerytowany zawodowy kolarz Pan Jan Nadolny, startujący m.in. w Tour de Pologne. Po takim profesjonalnym serwisie Wojtek już nie miał problemów z kołami na dalszej trasie. W Czechach przy kapryśnej pogodzie spędziliśmy pięć dni, byliśmy w Pradze i wielu innych ciekawych miejscach, w których powinno się zostać na dłużej. W państwie tym nocowaliśmy: w parku, na stacjach benzynowych oraz w namiocie tuż przy brzegu jeziora. Wjeżdżając do Austrii, czuć było trudy tegorocznej trasy. Alpy mają w zanadrzu wiele męczących podjazdów, zjazdów, które pozwalają rozpędzić się do 80 km/h i z kilometra na kilometr pojawiają się widoki, które ciężko opisać. Najtrudniejszym etapem była droga do sanktuarium w Mariazell.
Ciągnący się przez non stop 24 km podjazd, miał 10% a czasami 12% nachylenie (dla porównania górka chartowska ma około 4 % podjazd), przy wiejącym wietrze, z obciążonymi sakwami nie pozwolił rozwinąć większej prędkości jak 5 km/h. Po takim dniu, przyszło nam tylko wypocząć, lecz nie mogąc nic znaleźć, rozbiliśmy namiot pod mostem. Byliśmy tak zmęczeni, że nie przeszkadzały nam przejeżdżające nad nami samochody. Kolejne dni były już lepsze, wyszło słońce, które towarzyszyło nam aż do końca wyprawy. Noclegi te w Austrii, które pozostaną w pamięci to: wspomniany most w Mariazell, noclegownia dla bezdomnych w Buck and der Mur, oraz ciepłe przyjęcie przypadkowo spotkanego polskiego księdza Łukasza, który jest wikariuszem w austriackim Bad St. Leonhard im Lavental koło Villach, oraz nocleg w lesie przy ambonie myśliwskiej. To, co widzieliśmy w Czechach i Austrii, spotęgowały widoki Alp już po stronie włoskiej, podziwiane przez nas od momentu przekroczenia granicy austriacko-włoskiej. Każdy przebyty kilometr niesie za sobą niesamowite wspomnienia, pozostające w pamięci na bardzo, ale to bardzo długo. Naszą drogę do Rzymu można podsumować tak: im bliżej Rzymu, tym piękniej, i trudniej. Preludium włoskiego piękna jest Asyż, miasteczko św. Franciszka, położone w Pirenejach. Męcząca droga do Asyżu przy prawie 40 stopniowym upale była największym utrudnieniem na tegorocznej wyprawie. Były męczące kilkunasto kilometrowe podjazdy i zjazdy, oraz oznakowania dróg, które zmusiły nas do pokonania kilkunastokilometrowego odcinka autostradą.

Najwięcej adrenaliny dał nam prawie 4 km przejazd autostradowym tunelem, czym wprawiliśmy w zdumienie przejeżdżających kierowców. Ale udało się! Nasze zmagania ogrzewało słońce, które sprawiało, że miejscami musieliśmy pokonywać etapy przy temperaturze powyżej 40 stopni. Przy takiej temperaturze, ochłodzenia dodała nam kąpiel w Morzu Adriatyckim w Rimini. Najwięcej wspomnień mamy z niedzielnego (21 sierpień) wjazdu do Rzymu. Udało nam się dojechać szczęśliwie, bez żadnych poważniejszych awarii. Był czas na zwiedzanie, i cieszenie się każdą spędzoną tu chwilą, która trwała do czwartku (25 sierpień). Bazylika Św. Piotra, długie chwile spędzone przy grobie papieża Jana Pawła II, plac wokół bazyliki, Koloseum, Forum Romanum, Schody Hiszpańskie, Katakumby, przejazd drogą wzdłuż plaż Adriatyku i wiele innych niesamowitych miejsc, nocna przejażdżka najstarszą włoską ulicą Via Apia to tylko szczypta esencji, tego co nas spotkało. We Włoszech nocowaliśmy m.in. w parkach, na boisku, największym w Europie dworcu kolejowym Termini, lotnisku w Fiumicino koło Rzymu. Na trasie nie mogliśmy pozwolić sobie na spadek energii, gotowaliśmy sobie ciepłe posiłki, potem piliśmy herbatkę bądź kawkę z mleczkiem, do tego ciasteczko, a także kupowaliśmy w marketach wodę i jakieś przekąski. Piąta Wyprawa Rowerowa, przy stanie licznika 2100 km, trwająca 26 dni zakończyła się przylotem z Rzymu do Berlina. Z obszernymi sakwami wspomnień, planujemy coś na przyszły rok (Chorwacja lub Francja), teraz nie pozostaje nic innego jak odpoczywać.
Adrian zaś chcę podzielić się z Państwem swoimi przeżyciami, wydając książkę, która ukaże się w listopadzie. Serdeczne podziękowania należą się naszym dobroczyńcom i sponsorom: Panu Franciszkowi Jamniuk właścicielowi Firmy PHU JAMNIUK i STAHL-MET, Dyrektorowi Banku GBS Barlinek Oddział w Słońsku Pani Małgorzacie Chuderskiej i Państwu Beacie i Dariuszowi Matkowskim. Na trasie podobnie jak w ubiegłych latach mieliśmy też swojego przewodnika duchowego w osobie księdza proboszcza Józefa Drozd z którym to byliśmy w stałym kontakcie. Podróż w liczbach: - na rowerach spędziliśmy 22 dni - w ciągu 121 godzin jazdy na rowerze pokonaliśmy 2100 km - najdłuższy dzienny etap to 134 km, najkrótszy to 78 km - średnia prędkość jazdy na trasie ok. 18 km/h, - maksymalna prędkość 75 km na godzinę (z górki w Alpach) - dziennie średnio 6 godzin spędzonych na rowerze - rowery nasze wraz z sakwami ważyły po ok. 50 kg.
Z rowerowym pozdrowieniem Adrian Nietreba i Wojciech Stybel.
Campa w sakwach czyli rowerem na Dach Świata
Autor: Piotr Strzeżysz
Autor: Piotr Trybalski
Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936Autor: Halina Korolec-Bujakowska
Sztuka fotografowania architektury.
Autor: Tomasz Gałązka
Ukraina - przewodniki, mapa
Kompozycja w fotografii. Praktyczny przewodnik.Autor: Richard D. Zakia, David A. Page

Językowe vademecum podróżnika część 1
Językowe vademecum podróżnika część 2
Samsara. Na drogach, których nie ma