Nigdy nie byłem wielkim fanatykiem roweru. Najpierw był pomysł na podróż, rower pojawił się później. O dalekiej i długiej podróży marzyłem od lat, a dokładnie od lat dziesięciu, kiedy to wróciłem z mojej pierwszej i tak naprawdę jedynej dalekiej włóczęgi. Zaraz po studiach, wspólnie z moim przyjacielem Mariuszem Grajewskim, pojechaliśmy drogą lądową do Indii. Był to typowy tramping z wszystkimi atrakcjami takich wyjazdów: wielka przygoda, doświadczanie egzotyki poznawanych kultur i docieranie do miejsc znanych wcześniej tylko z lektury przewodnika. Jednak najlepiej z tego wyjazdu wspominam liczne znajomości zawarte na trasie. Co ciekawe, spośród poznanych ludzi, najlepiej zapisali się w mojej pamięci ci podróżujący samotnie. Coś w tym jest, że jak się podróżuje samemu, to łapie się najlepszy kontakt z innymi i tak naprawdę samemu w podróży się tylko bywa. A jaka swoboda w decydowaniu!

Samolot Rosyjskich Linii Lotniczych wylądował na lotnisku w Pekinie punktualnie o 6.00. Odebrałem rower i bagaż, spakowałem sakwy i ruszyłem w stronę wyjścia. Z pobłażliwym uśmiechem powitałem taksówkarzy oferujących podwiezienie do centrum. Mam rower. Jestem niezależny, myślę i z pewną miną ruszam w stronę najbliższego skrzyżowania. Chińskie niezrozumiałe znaczki na wielkich drogowskazach osłabiły trochę mój entuzjazm.
Zaczepiam najbliższego przechodnia, pytając najprostszym angielskim, jak dojechać do centrum. Przechodzień ów nie tylko nie odpowiedział na moje pytanie, ale zupełnie mnie zignorował, przechodząc obok, jakby mnie wcale nie zauważył. Zgoda, pomyślałem, mógł nie znać języka, ale wyraz mojej twarzy 'czy-może-mi-pan-pomóc?', był chyba aż nadto czytelny.
1 sierpnia, w niedzielny poranek wystartowała wyprawa rowerowa łódzki Harcerzy do Barcelony - Andanza de Honker. Zgodnie z planem około 8-mej rano grupa 13 harcerzy-rowerzystów ubrana w żółto-czerwonych barwach pojawiła się na plac Wolności w Łodzi - oficjalnym miejscu startu wyprawy. Po udzieleniu wywiadów dla lokalnych mediów, pożagnaniach z bliskimi, znajomymi oraz przyjaciółmi ruszyli ulicą Piotrkowsą w kierunku Pabianic. Na trasie nie zabrakło również kibiców wyprawy, niektórzy towarzyszli Harcerzom aż do Złoczewa - miejsca pierwszego postoju.
Grupa harcerzy zmierzająca rowerami do Barcelony obecnie jedzie na terenie Niemiec, kierując się ku granicy niemiecko - francuskiej.
Za nimi już nie tylko odcinkek trasy w Polsce oraz smaczne darmowe pizze ale również kilka załatanych dziur w dętkach, drobne i poważniejsze naprawy sprzętu a także masa wrażeń których dostarcza im każdy kolejny dzień wyprawy oraz spotykani ludzie. O tym jak przebiega ich wyprawa można przeczytać na stronie wyprawy honker-andanza.zhr.pl.
Od 15- tego sierpnia grupa harcerzy - uczestników wyprawy rowerowej do Barcelony jedzie na terenie Francji. Za nimi już przejechana trasa w Niemczech oraz większe i mniejsze przygody, które miały miejscem na tym odcinku, czyli naprawa auta, kraksa rowerowa, 22 kilometrowa piesza wycieczka dwóch Śmiałków ze szpitala do miejsca kraksy, spanie na miejskim parkingu a także 14-dzień wyprawy nazwany najlepszym dniem wyprawy, a to głównie za sprawą darmowego noclegu z wyżywieniem w hotelu. O tym jak przebiega podróż Harcerzy - rowerzystów można przeczytać na stronie bloga w wyprawy honker-andanza.zhr.pl.

Andanza de Honker dotarła już do Barcelony - celu swojej podróży. Gratulacje! Po 26 dniach pełnych przygód podróży, przejechaniu około 2880 kilometrów harcerze mogą teraz w pełni oddać się zwiedzaniu tego ciekawego hiszpańskiego miasta. Podczas podróży przez Niemcy i część Francji pogoda nie sprzyjała do końca dzielnym rowerzystom, natomiast tuż po opuszczeniu Lyonu zdecydowanie się zmieniła. Dotychczasowe opady zastąpił lejący się żar z nieba sięgający czasami nawet 50 stopni Celsjusza. O tym jak przebiegała podróż można przeczytać na blogu wyprawy: http://honker-andanza.zhr.pl/

Stuk Stuk Stuk... To były pierwsze odgłosy jakie dobiegły do nas po przekroczeniu granicy. I nie były to wystrzały z broni, ani nawoływania tubylców. To tylko nasze bagażniki uderzające o sakwy pod wpływem ukraińskich dróg. Jeszcze bardziej dobitnie przywitał nas Lwów. Pełen dziur w drodze, rozkopanymi ulicami i wysokimi krawężnikami. Mimo tych wad był jednocześnie niesamowicie kolorowy, wesoły z mnóstwem ludzi na ulicach i przepięknymi kamienicami.
To również we Lwowie wspięliśmy się na Wysoki Zamek - wzgórze, z którego roztacza się niezrównana panorama miasta (niegdyś stał tu zamek Kazimierza Wielkiego). Zwiedziliśmy też Stare Miasto, a w nim: Arsenały Miejski i Królewski, Basztę Prochowa, kościół Dominikanów oraz Cerkiew Wołoską ze słynną wieżą Korniaka. To nie był koniec atrakcji, ponieważ miasto to kusi innymi zabytkami takimi jak: Katedra Ormiańska, Katedra łacińska z piękną renesansową kaplicą Boimów, Kolegiata Jezuitów, obronny klasztor Bernardynów, Plac Mickiewicza, jak również Uniwersytet Lwowski. Nie mogliśmy także zapomnieć o Cmentarzu Łyczakowskim i Orląt Lwowskich. Duże wrażenie zrobił też na nas wspaniały dworzec Kolei Wiedeńskiej. Po prawie dwóch dniach pożegnaliśmy Lwów i wsiedliśmy do pociągu, który miał nas przenieść do kolejnego etapu naszej wyprawy- Krymu. Stłoczeni i strasznie spoceni po 24 godzinach dotarliśmy w końcu do Symferopola. Nasze pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne, jednak im dalej zagłębialiśmy się w to miasto to zachwyt opadał. Prawie wszędzie było pełno śmieci, a zwiedzać też niestety nie bardzo było czego. Jednak co nas później na Krymie niewątpliwie zauroczyło to Czufut Kale w Bakczysaraju, Chersonez Taurydzki, jak również Jaskółcze Gniazdo. Dotarliśmy też do Jałty - kurortu turystycznego. W Ałuszcie odnaleźliśmy pozostałości dawnej twierdzy bizantyjskiej z VI w. n.e. (wieża obronna oraz fragmenty murów).

Wspinaliśmy się 18 km na przełęcz Angarską (752 m n.p.m) w Górach Krymskich, która jest najwyższym punktem na trasie Ałuszta-Symferopol. Jednocześnie leży na trasie najdłuższej w Europie linii trolejbusowej łączącej Jałtę z Symferopolem (ok. 90 km), wzdłuż której również przejechaliśmy. Jest ona z pewnością jedyną na świecie tak długą trasą biegnącą przez góry. Po tygodniu zgłębiania tajemnic Krymu ponownie wsiedliśmy do ukraińskiego pociągu -plackarty by tym razem dotrzeć nią na Ukrainę Zachodnią. To właśnie tam odnaleźliśmy przepiękne zamki w całkiem dobrym stanie. Odnaleźliśmy między innymi Chocim, Kamieniec Podolski, Zbaraż, Skałę Podolską, Krzemieniec, Olesko, czy Podhorce.
Jest wiele innych, mniejszych ruin, które w przeszłości również odegrały znaczącą rolę w historii Polski. Na uwagę zasługuje również Ławra Poczajowska - monastyr który jest największym ośrodkiem prawosławia na Wołyniu i drugim na całej Ukrainie po Ławrze Pieczerskiej w Kijowie.

W czasie naszych wojaży dotarliśmy zarówno do miejsc, które stały się popularne podczas wycieczek turystycznych, jak i tych cichych, zapomnianych, leżących poza utartymi szlakami, a które są bez wątpienia godne uwagi i odwiedzin - bo to one były niegdyś świadkiem zdarzeń, które ważyły o losach Rzeczpospolitej. Oglądaliśmy miejsca znane z Trylogii, słynne zamki i twierdze, o które rozbijały się armie otomańskie i najazdy ord tatarskich, tereny zmagań z kozakami Chmielnickiego i różnorodne zabytki. Zobaczyliśmy i poznaliśmy ludzi, którzy wciąż kultywują polskie tradycje i wiarę na Kresach. Łącznie zwiedziliśmy 50 ruin zamków oraz twierdz obronnych i baszt.

Trudno znaleźć w Polsce dokładne mapy Ukrainy. Posiadaliśmy dokładną mapę okolic Lwowa (1:100 000). Przez Internet zamówiliśmy ukraiński atlas drogowy w skali 1: 500 000
Ponadto mieliśmy jeszcze jedną mapę drogową Ukrainy zakupioną w Polsce w skali 1: 1 000 000 Obie jednak nie były zbyt dokładne i często mieliśmy problemy z odnalezieniem niektórych miejsc.
Na całej Ukrainie trudno znaleźć publiczne toalety. Na Krymie natomiast było mało rzeczek, a do morza często trzeba było zjechać z drogi głównej kilka kilometrów w dół, po czym aby wrócić trzeba było się ostro wspinać. Jedyne łatwo dostępne jeziorko ze słodką wodą znajduje się tuż przy samym wjeździe do Symferopola (od strony Jałty).
Sytuację podobną zastaliśmy na Ukrainie Zachodniej, tzn. mieliśmy problem z kąpielą. Plusem na tych terenach niewątpliwie są studnie, które często można spotkać w mniejszych miasteczkach i na wsiach. Mieliśmy zatem okazje nabrać wody i się umyć. Nie ma to jak mycie włosów w lodowatej wodzie. Poza tym niezastąpione okazały się chusteczki nawilżające. Zużyliśmy kilka dużych paczek.

Ukraińską walutą jest hrywna. Najlepiej zakupić ją, o ile ma się taka możliwość, w większym mieście Ukrainy. My zrobiliśmy to we Lwowie. Tu przelicznik był najbardziej korzystny. Wcześniej część złotówek wymieniliśmy w Warszawie. Mało opłacalna, według nas, byłaby wymiana w przygranicznych kantorach.
Sytuacja na Krymie jest o tyle gorsza, że trudno znaleźć kantory z wymianą PLN na hrywny. Dominują te z wymianą na dolary lub rosyjskie ruble.
Podczas całej wyprawy pogoda nas rozpieszczała. Choć czasami aż nadto. Szczególnie na Krymie, gdzie nie spadła ani jedna kropla deszczu, a temperatury dochodziły do 40-50?C. Ale nie ma się czemu dziwić w końcu był to sierpień. Nasz sposób na radzenie sobie z tak wysokimi temperaturami był prosty. Mianowicie wstawaliśmy bardzo wcześnie (4:00 lub 5:00) i jechaliśmy do ok. 11:00 lub 12:00. Potem szukaliśmy cienia i odpoczywaliśmy do ok. 16:00 by ponownie wyruszyć w drogę.

Pogoda na Ukrainie Zachodniej też była dobra. Podczas 2 tygodniowego pobytu tam, tylko jednego popołudnia popadało i raz przeszła krótka burza. Poza tym słońce, słońce i jeszcze raz słońce. Na szczęście temperatury już nie były tak wysokie i nie musieliśmy robić tak długich przerw w ciągu dnia i jednocześnie wstawaliśmy ok. 5:00 bądź 6:00. Podczas ostatnich dni naszej wyprawy przyszło nam się zmagać z silnym wiatrem w twarz, przez co pedałowanie stało się swoistą walką o każdy metr drogi. Mimo wszystko daliśmy radę.
Jedzenie na Ukrainie kosztuje porównywalnie do tego w Polsce. Zauważyliśmy, że droższa zdecydowanie jest czekolada. Przez co w momencie gdy skończył nam się nasz zapas zaczęliśmy kupować ciasta czekoladowe, których ceny były już milsze naszym kieszeniom. Najwięcej wydaliśmy na wodę pitną. Bywały dni, że wypijaliśmy 20-30 litrów. Wstępy do zamków i innych obiektów turystycznych kosztowały z reguły ok. 10 hrywiem i były zdecydowanie tańsze od tych w Polsce. Podobnie jest z przejazdami pociągiem. Za bilet ze Lwowa do Symferopola (ok. 24h jazdy) z miejscem leżącym i biletem na bagaż zapłaciliśmy w przeliczeniu na PLN ok. 50 zł. Dla porównania pociąg z Gdańska do Przemyśla z biletem na rower dla studenta wyniósł ok. 180 zł.
W pociągu nie trzeba martwić się, że zabrakło jedzenia czy picia. Na każdej stacji na której pociąg zatrzymuje się na dłużej gromadzą się tłumy tubylców chcących sprzedać jakieś towary. Są to między innymi świeże bułeczki, zimna woda, piwo, lody, słodycze i inne przekąski. Częstym widokiem są też panie z koszykami pełnymi soczystych owoców. Nikogo nie dziwi też widok przechadzającej się po peronie pani z zawieszonymi na ramieniu wędzonymi rybami. Jadąc rowerem mieliśmy możliwość podziwiać przydrożne straganiki z plonami ziemi, tzn. sprzedawano wszystko co wyhodowano we własnym ogródku. Czasami było to tylko stojące przy drodze jedno wiaderko pełne jabłek. Gdy nie ma pracy każdy grosz się liczy.

W Polsce często narzekamy na nasze drogi. Wystarczy jednak pobyć trochę na Ukrainie bo po powrocie krzyczeć z radości, że drogi są proste i nie ma wybojów. U naszych sąsiadów słowo asfalt to pojęcie względne. O ile na Krymie jest on często spotykany, o tyle na Ukrainie Zachodniej już rzadziej. Owszem zdarzają się krótkie odcinki pięknego asfaltu, ale są one sporadyczne. Staraliśmy się wybierać przede wszystkim główne drogi, jednak nie zawsze było to możliwe dlatego niekiedy trzeba było dojechać do jakiegoś zamku mniej uczęszczanym szlakiem(na mapie zaznaczonym jako asfaltowy - szkoda, że tylko na mapie). W związku z tym jeździliśmy po wszystkich możliwych nawierzchniach. Nasze rowery zapoznały się dogłębnie z asfaltem z dziurami, dziurami z kawałkami asfaltu, brukiem, ?kocimi łbami", kamieniami, żwirem, gryzikiem, piaskiem, a nawet błotem. Pobocza dróg często były zaśmiecone. W miastach, głównie we Lwowie napotkaliśmy nieprzyjazne rowerzystom wysokie krawężniki. Wszystkie te utrudnienia były powodem częstych awarii. Warto też dodać, że drogi nie zawsze są dobrze oznakowane, a zapytane o drogę dwie różne osoby potrafią wskazać dwa zupełnie sprzeczne ze sobą położenia. Nie zawsze też ich pojęcie odległości jest trafne. Jakość dróg idzie w parze z jakością samochodów. Można tu spotkać takie samochody i motory, które już dawno opuściły polskie drogi. Są to między innymi Łady, czy też czarne wołgi.

Co do kierowców to mamy mieszane uczucia, bo zdążali się tacy co życzliwie machali i pozdrawiali. Niektórzy też klaksonami ostrzegali, że zbliżają się do nas i mamy zachować ostrożność. Niestety byli też tacy co nie zwracali na nas uwagi i rozpędzeni mijali nas w niedalekiej odległości. Najczęściej były to Krymskie busiki i autobusy, a na Zachodzie Ukrainy duże samochody ciężarowe.
Było ich całe mnóstwo. Warto mieć ze sobą narzędzia, zapasowe dętki, szprychy czy też złączki do łańcucha. Potrzebna nam również była nowa opona i pedała. Stan dróg i poboczy sprawił, że w sumie cztery osoby miały takie to oto awarie:
Na szczęście w większych miasteczkach można znaleźć straganiki rowerowe na bazarach, niekiedy są też okazałe sklepiki. Niestety nie zawsze są w nich sprzęty do rowerów trekingowych.


Ukraina to kraj dość biedny. Panuje tu duże bezrobocie. Niektórzy Ukraińcy widząc, że jesteśmy z Polski podchodzili i prosili o pomoc w znalezieniu pracy, czy też przedostaniu się do Polski. Niestety niekiedy spotykaliśmy się z obojętnością z ich strony. Nikt nie zatrzymał się widząc, że naprawiamy rowery. O dziwo spotkaliśmy się wielokrotnie z odmową rozbicia namiotów na prywatnych posesjach i co dziwniejsze na łąkach i pastwiskach. Ukraińcy z chęcią wskazywali nam drogę. Starali się tłumaczyć jak gdzieś dojechać łamanym ukraińsko-polsko-migowym językiem. Niektórzy podchodzili i pytali skąd jesteśmy. Pozdrawiali oraz opowiadali, że kiedyś mieli albo jeszcze mają rodzinę w Polsce. Jeden Polak w Krzemieńcu serdecznie zapraszał nas na herbatkę. Ukraińcy to ludzie bardzo religijni. Wszędzie można napotkać przydrożne kapliczki, kościółki, meczety i synagogi. Są też monumentalne monastery, do których trzeba wchodzić tylko w odpowiednim stroju, tj. kobiety spódniczki (tudzież przepasana chusta) i chusta na głowie. Mężczyźni koniecznie długie spodnie.
Zwiedzając Ukrainę Zachodnią często spotykaliśmy ludzi, najczęściej starsze kobi ty, czy też dzieci, pasących zazwyczaj o dziwo tylko jedną krowę. Nic nie byłoby w tym dziwnego gdyby nie fakt, że ludzie Ci spędzają tak przy drodze ze swoimi zwierzętami całe dnie.

Sąsiadka Polski- Ukraina to piękny kraj, pełen niesamowitych zabytków i zapierających dech w piersiach widoków. Niekiedy można powiedzieć, że to Polska sprzed 40-50 lat. Ludzie jeżdżą wozami drabiniastymi, a wodę czerpią ze studni. Na wsiach Internet czy telefon to rzeczy niespotykane. Za to właśnie tam widać przyjaźń, zabawę. Rodziny, przyjaciele, sąsiedzi-wszyscy razem spędzają czas. Rozmawiają, śmieją się, wspólnie piją i z otwartymi ustami podziwiają przybyszy na rowerach z dziwnymi tobołkami u boku.
Inne spostrzeżenia mamy z Krymu. Jest to miejsce gdzie przybywają bogatsi Ukraińcy na wakacyjne urlopy. Jest tam kolorowo, a kamieniste czarnomorskie plaże i miejskie kramiki tętnią życiem. Ukraina ma więc dwa oblicza. Nam udało się poznać oba i trudno powiedzieć, który jest lepszy. Oba mają coś w sobie co na długo pozostanie w naszych sercach.
Przemyśl - (rower) - Lwów - (pociąg) - Symferopol - (rower) - Symferopol - (pociąg) - Chmielnicki - (rower) - Stare Sioło - (pociąg) - Mostiska - (rower) - Przemyśl
1567 km rowerem
4000 km pociągiem
22 dni, w tym 4 dni spędzone w pociągach, 6 dni na Krymie, 12 na Ukrainie Zachodniej.
Najczęściej nocowaliśmy w namiotach, ale zdarzały nam się również całkiem ciekawe miejsca noclegowe. Spaliśmy na zamku w Buchaczu, w lesie na obrzeżach Lwowa, na przydrożnych polankach i łąkach, na asfalcie nieuczęszczanej drogi, a nawet bez namiotu w okolicy Jaskółczego Gniazda, czy też na dworcu PKS w Przemyślu.

Podziękowania:
Serdeczne podziękowania kierujemy do Samorządu Studentów Politechniki Gdańskiej jak również do dziekana Wydziału Fizyki Technicznej i Matematyki Stosowanej za wsparcie finansowe logistyki naszej wyprawy. Chcielibyśmy również podziękować firmom Helikon i Szumgum za wsparcie materialne. Serdecznie zapraszamy do odwiedzania stron tych firm, gdyż dysponują sprawdzonym i tanim sprzętem.

Uczestnicy wyprawy Long Walk Plus Expedition aktualnie przemierzają na rowerach Płaskowyż Tybetański.
Fragment z Dziennika Podróży
Po pokonaniu północnej części Płaskowyżu Tybetańskiego dotarliśmy do stolicy Tybetu, Lhasy. Był to zdecydowanie najtrudniejszy etap naszej wędrówki, głównie z powodu porywistego wiatru i tym samym dużego wysiłku na wysokościach przekraczających często 5000 n.p.m. Dopiero w Lhasie mogliśmy się zregenerować. Odpoczywaliśmy przez trzy dni.
Przez ostatnie dwa tygodnie przedzieraliśmy się przez północną część płaskowyżu tybetańskiego i wreszcie dotarliśmy do stolicy Tybetu. Kraina przez którą jechaliśmy to ogromne pustkowie położone właściwie cały czas powyżej 4.500 m. npm. O wysokościach jeszcze napisze ale najpierw słowo klucz: "wiatr, wiatr i jeszcze raz wiatr". Nasz nieodłączny towarzysz a właściwie koszmarny wróg. Przez całą drogę atakowały nas huraganowe podmuchy wiejące prostu w twarz i powodujące, ze jazda stawała się niemalże niemożliwa (7 km/h czyli mniej więcej w tempie marszowym) a często zmuszające nas do pchania rowerów albo chowania się w przydrożnych rowach. Dodatkowo klimat na wyżynie jest niezwykle ostry, także nocami temperatura spadała mocno poniżej zera, a w ciągu dnia mieliśmy burze gradowe, opady śniegu, chwile później bardzo mocne słońce (skóra z twarzy schodzi systematycznie co kilka dni...) i wreszcie wieczorem znowu trzaskający mróz.
Uczestnicy wyprawy Long Walk Plus Expedition aktualnie przemierzają Chiny. Łącznie przejechali na rowerach już 2000 kilometrów w tym 1000 kilometrów przez Chiny i dalej zmierzają w kierunku płaskowyżu tybetańskiego. Przed nim Tybet oraz wysokie przełęcze a co za tym związanie sprawdzenie swojego organizmu na wysokościach powyżej 4000 m npm. O tym jak przebiega ich podróż można przeczytać na blogu wyprawy http://longwalkplus.blog.onet.pl/