Wydrukuj tę stronę

Alpejski Guiness 2005 - Rowerem na Mont Blanc i nie tylko

Autor  | 20-sierpień-2005 | Odsłony 2383
Oceń ten artykuł
(1 głos)

W dniu 13 lipca 2005 wyruszyliśmy w naszą wyprawę życia. Przez pierwsze dni towarzyszyła nam trójka bikerów, która jechała w swoją dziewiczą podróż po Europie. Wspólnie z nimi przemierzyliśmy z zawrotną prędkością przez Czechy i Słowacje, docierając rankiem trzeciego dnia do Bratysławy i jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych do Wiednia, gdzie po zrobieniu pożegnalnego zdjęcia rozeszły się nasze drogi z ekipą Czajny.

W ten oto sposób udało nam się wspólnie przejechać 420 kilometrów i zwiedzić dwie stolice, w ciągu jednego dnia. We Wiedniu po godzinie błądzenia, jadąc już we dwoje odnajdujemy najsłynniejsza, biegnącą wzdłuż Dunaju drogę rowerową Europy - Dunauedwarg, którą jadąc przez kolejne dwa dni szybko docieramy do królestwa Alp, gdzie tak naprawdę zaczyna się dopiero nasz Alpejski Guiness 2005.

wysokogórska droga Grossglockner strasse

Pierwszą, większą trudnością z którą przychodzi nam się zmierzyć jest słynna wysokogórska droga Grossglockner strasse z najwyższymi punktami: Edelweisspitze (2571), Hochtor (2504), oraz Franz Joseph Hohe(2369). Drogę tę udaje nam się zdobyć w ciągu jednego dnia pokonując bagatelną, bo aż trzy kilometrową różnicę wzniesień, wysiłek jednak się opłacił, gdyż jak się później okazało była to jedna z najpiękniejszych dróg jakie udało nam się zobaczyć w Alpach. Zafascynowani pierwszymi przełęczami, które dały nam przedsmak tego co będzie nas czekać przez kolejne tygodnie, z wielkim zapałem kierujemy się w stronę Prato, gdzie zaczyna się kolejny podjazd - tym razem zdobywamy królową alpejskich przełęczy Passo dello Stelvio (2758), która jest częstym "gościem" na Giro de Italia.

W ciągu kolejnych dni wspinamy się między innymi pod takie przełęcze jak: Col du Petit Saint Bernard(2188), przepiękną przełęcz Col de I'Iseran (2770), kultowy podjazd Tour de France - Col du Galibie(2646), aż wreszcie docieramy do niewielkiego miasteczka leżącego na pograniczu Włoch i Francji - Bardonecchia położonego 1312 m n.p.m., to właśnie tutaj zaczyna się nasza zabawa pt. najwyższy podjazd Alp - Col de Sommeiller(3009). Podjazd okazuje się bardzo wymagający, a to z uwagi że trasa jest w 70-80% kamienista i szutrowa. Jednak nie zniechęca nas to, wręcz przeciwnie z jeszcze większym uporem naciskamy na pedała by już po pięciu godzinach ciężkiej harówki móc na swoje konto wpisać kolejny triumf, jakim było dla nas zdobycie tego kultowego, a zarazem najwyższego podjazdu Alp. Następnego dnia z samego rana zjeżdżamy z przełęczy Col de I'Echelle(1766), na której przenocowaliśmy, a następnie obieramy kierunek na Col de la Bonette, przejeżdżając jeszcze w tym samym dniu przez przełęcz Vars (2109). Kolejnego dnia poobijamy nasz dotychczasowy, dzienny rekord różnicy wzniesień, który od tej pory wynosi 3009m. Tak dużą różnicę wzniesień udało nam się pokonać wjeżdżając na Col de la Bonette (2802), czyli najwyższą drogę Francji, reklamująca się także jako najwyższa droga Europy (chodzi tu jednak o najwyższą przejezdną drogę - udostępnioną dla ruchu), oraz na przełęcz Lombarde (2350).

Mont Blanc (4807 m n.p.m.)

Po trzech tygodniach naszych rowerowych zmagań, przyszedł czas na ukoronowanie naszej wyprawy, przyszedł czas zmierzenia się z prawdziwym wyzwaniem jakim było dla nas zdobycie najwyższego szczytu Europy - Mont Blanc (4807 m n.p.m.), który leży w masywie o tej samej nazwie, to właśnie tutaj królestwo Alp osiąga swój absolut. Pomimo iż górę tę można zdobyć nawet w ciągu dwóch dni, nam zajęło to znacznie dłużej bo aż cztery. Spowodowane było to załamaniem pogody, które przeczekaliśmy w schronie Vallot na wysokości 4363m n.p.m. . Po dwóch dniach koczowania w nim pogoda nieznacznie się poprawiła, wiatr zelżał do 60km/h - była to dla nas szansa, szansa którą wykorzystaliśmy zdobywając dach Europy - Mount Blanc 4807m n.p.m. !

mapablanc


Po zdobyciu "Białej Góry" wspólnie z Krzyniem i naszą siostrą Iwoną, z którymi spotkaliśmy się wcześniej pod masywami Mount Blanc obraliśmy kierunek na południe Francji, gdzie urządziliśmy sobie spływ pontonem, czyli tak zwany rafting. Na cel wzięliśmy sobie rwącą rzekę Isearn , specjalnie regulowaną dla raf terów, a następnie Durance. Kolejnych kilka dni spędziliśmy odpoczywając nad lazurowym wybrzeżem na plażach w Canne i Nicea, oraz zjeżdżając na linie w pobliskich kanionach. Poruszając się ciągle wzdłuż lazurowego wybrzeża dojechaliśmy do Genuy, w której pożegnaliśmy się z naszymi współtowarzyszami i pognaliśmy włoską koleją ponownie pod masyw Mount Blanc, gdzie wcześniej schowaliśmy w lesie nasze rowery. Mają one wartość kilku tysięcy złotych, na szczęście jednak jak się okazało były one całe i nie naruszone, tak więc spokojnie mogliśmy ruszać w drogę powrotną.

Szwajcaria

Przyszedł czas na Szwajcarie w której spędziliśmy okrągły tydzień zdobywając kolejne przełęcze. Nie obyło się oczywiście bez zobaczenia najwyższej łukowej zapory świata de Mauvoisin w dolinie de Bagnes ( 250m ), oraz najwyższego molocha z pośród wszystkich zapór wodnych w Europie - Grande Dixsence, którego mury ustępują jedyne piętnaście metrów od wysokości wieży Aifla. Potężna 285 metrowa ściana robi ogromne wrażenie. Załamanie pogody, oraz brak czasu nie pozwoliły na atak najpiękniejszej góry Matterhorn, przypominającej skalną piramidę, góry która od dawna korciła nasze zamiary. Ponieważ wyprawa trwała już 44 dni, trzeba było powoli wracać do domu, co nie oznacza jednak że zrezygnowaliśmy ze zdobywania kolejnych szczytów. W Szwajcarii i Włoszech udało nam się jeszcze wjechać pod kilka 2500-tysięcznych przełęczy, z których zdecydowanie najpiękniejsza pod względem krajobrazowym była Furka i pobliska Grimsellpass.

W drodze powrotnej udało nam się także zdobyć najwyższy szczyt Wschodnich Alp, a zarazem Austrii i rozległego pasma Wysokich Taurów - Grossglockner(3798), który zdobyliśmy właściwie w jeden dzień. Do tego ostatniego wyczynu zmotywowała nas ładna pogoda, która miała utrzymać się tylko przez jeden dzień. Górę zdobywa się właściwie w dwa i pół dnia. My mieliśmy na to tylko jeden , jednak postanowiliśmy spróbować, ponieważ szczyt ten od dawna nas kusił. Do schroniska Studenchat leżącego na wysokości 2800m n.p.m. droga była łatwa i mało wymagająca, doszliśmy tam w niespełna dwie i pół godziny. Następnie zrobiliśmy krótką przerwę na uzupełnienie kalorii, w trakcie której postanawiamy iż dalej pójdziemy o wiele trudniejszą, ale za to znacznie szybszą drogą wspinaczkową Studlhute. Trasa była naprawdę trudna i nie raz skoczyła nam adrenalina, jednak wszystko zostało nam wynagrodzone gdy wczesnym popołudniem stanieliśmy na szczycie. Zejść postanowiliśmy drogą klasyczną (Normal Rout), która nie przysporzyła nam problemów i skoków adrenaliny, jednak była długa i wyczerpująca.

planwejscia

Powrót na chatę

Dalszy powrót na chatę obył się bez większych niespodzianek. Jeszcze tylko przejazd przez Austrię, Słowenię, Węgry, Słowację i wreszcie Polska!

Do wyprawy przygotowywaliśmy się ponad pół roku. Naszym głównym źródłem informacji był oczywiście Internet, w którym bez większych problemów można znaleźć interesujące nas informacje i dowiedzieć się o wielu ciekawych miejscach. Po za tym już od dawna zaopatrywaliśmy się w odpowiedni sprzęt i niezbędne gadżety . Nie była to także nasza pierwsza rowerowo trekkingowa wyprawa. Co oczywiście nie ustrzegło nas przed niespodziankami. Raz pękła nam opona. Zdarzyło się to w Turynie, w jednym z największych włoskich miast, dlatego zbytnio nas to nie zmartwiło, pomyśleliśmy że nie będzie problemu z jej kupnem. Jednak zapomnieliśmy że mamy niedzielę, a w poniedziałki włosi otwierają sklepy w późnych godzinach popołudniowych. Po za tym i tak nigdzie nie mogliśmy znaleźć sklepu rowerowego, w poszukiwaniu którego przejechaliśmy łącznie po mieście 100 kilometrów. Straciliśmy tam dwa dni, a noc spędziliśmy w parku pod gołym niebem. Inna wpadka zdarzyła się nam podczas zjazdu z najwyższego podjazdu Alp, gdzie na wysokości 2900m n.p.m. złapaliśmy panę. Wszystko było by w porządku gdyby nie fakt, że wcześniej zostawiliśmy sprzęt na dole, by nie potrzebnie go dźwigać. Wzięliśmy tylko trochę jedzenia, a zapomnieliśmy wziąć dętkę, czy taśmę. Jak później się okazało w saszetce mieliśmy klej, który sam oczywiście nie załatwiał sprawy. Jednak po wykorzystaniu jeszcze folii z ciasteczek, spokojnie udało nam się zakleić dziurę.

mapa

Podsumowanie: Wyprawa trwała 57 dni, z których 39 spędziliśmy na rowerze przejeżdżając 4750 km . Podczas naszego extremalnego rowerowania, aż 20 kro tnie przekroczyliśmy magiczną barierę 2000 m n.p.m. pokonując łącznie 58 kilometrową różnicę wzniesień, co równa się 7-krotnemu wejściu na Mount Everest. Pedałowaliśmy przez 266 godzin, przejeżdżając przez 9 krajów i tysiące miejscowości. Zdobyliśmy najwyższy szczyt Europy - Mount Blanc(4807), oraz najwyższy szczyt Wschodnich Alp, a zarazem Austrii i rozległego pasma Wysokich Taurów - Grossglockner(3798). Raftowaliśmy rzekami Isearn i Durance. Zobaczyliśmy najwyższą łukową zaporę świata de Mauvoisin(250), oraz stanęliśmy na koronie najwyższej zapory wodnej w Europie- Grande Dixsence(285). Pływaliśmy w Morzu Śródziemnym, spuszczaliśmy się w kanionach na linie i wiele, wiele więcej.... . Zapraszamy do obejrzenia obszernej i chronologiczne ułożonej galerii z naszej wyprawy.

Trasa prowadziała przez 9 krajów (Czechy, Słowacja, Austria, Włochy, Francja, Monaco, Szwajcaria, Słowenia, Węgry). Marek i Paweł Dusza (Markus - Duszak47) - czyli Duszak Team. Łączy ich nie tylko pokrewieństwo, ale również miłość do gór, fotografii oraz wspólnych wypraw rowerowo-trekkingowych. Podróżują już od lat, zdobywając coraz większe doświadczenie, jednocześnie organizując coraz to bardziej extremalne wyprawy, które jak mówią pozwalają im żyć "bardziej". Zamieszkują w Tychach, w swoim rodzinnym mieście, położonym w południowej części województwa śląskiego.

Duszak47

Miłość do gór, fotografii oraz wypraw rowerowo-trekkingowych

Strona: www.wyprawy.org/

Najnowsze od Duszak47

Artykuły powiązane