
Prezentujemy aktualną trasę wyprawy rowerowej Piotra Strzeżysza Z Alaski do Meksyku. Będziemy stopniowo nanosić kolejne punkty trasy wraz z kolejnymi miejscami odwiedzonymi przez podróżnika.
(stan z 29 listopada)
Start w Anchorage w stanie Alaska, następnie Whitehorse w Kanadzie, Fort Nelson, Prince George, Vancouver i znów wracamy do Stanów: Seattle, a dalej Portland.

Kanadzie już dziękujemy, ponownie wjechałem do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Uparcie prę na południe z myślą, że w końcu na tyle poprawi się pogoda, że poranków nie trzeba już będzie witać w puchowej kurtce. Z każdym dniem jazdy miało być cieplej, ale pogoda nie odpuszcza i nadchodząca zima ciągle depcze mi po piętach.
Pomimo zimna i mrozu, z braku większej ilości gotówki, nocuję głównie w namiocie, rozbijając się, ze względów bezpieczeństwa, zazwyczaj w pobliżu zabudowań. Nie zawsze jednak mogłem liczyć na gościnność Kanadyjczyków. Bilans niestety wypada ujemny, często, pytając o możliwość rozbicia namiotu, jestem odprawiany z kwitkiem, albo odsyłany z powrotem do swojego kraju. Trudno zrozumieć ten brak empatii, często odbiera on chęć do dalszej jazdy, ale trzeba się z tym jakoś pogodzić i jechać dalej.

Za Piotrem 2700 km. Zakończył już podróż po drodze, zwanej Alaska Highway i będzie teraz poruszał się na południe w stronę Vancouver. Tym razem już bez spotkań z niedźwiedziami, może dlatego, że spadł śnieg i misie wreszcie poszły w wyższe partie gór szykować się już do zimowego snu...
Po przeprawie przez zasypane drogi w okolicach Fort Nelson, znów jedzie w późnojesiennej aurze. Z dnia na dzień robi się jednak coraz zimniej, tym bardziej więc trzeba się pospieszyć i zdąrzyć dojechać do Vancouver przed nadciągającą zimą.

Za Piotrem 2100 km drogi, dwa spotkania z niedźwiedziami, kilka z ludźmi, kąpiel w gorących źródłach, noclegi pod opuszczonymi motelami i niekończące się podjazdy i zjazdy w ośnieżonych Górach Skalistych.
Więcej o perypetiach podczas kolejnych dni podróży przez Kolumbię Brytyjską, można przeczytać na www.onthebike.pl
Po siedemnastu dniach jazdy Piotr Strzeżysz dotarł do Whitehorse w Kanadzie. Tym samym ma już za sobą ponad 1250 km trasy. Na Alasce panują już zimowe warunki, temperatury nad ranem sięgają 7 stopni poniżej zera. Na razie nie ma jeszcze śniegu, więc Piotr szybko toczy się na południe.
Trasa nie jest trudna technicznie, więc długie odcinki pustkowi skłaniają do głębszych przemyśleń i kontemplacji. Mamy nadzieję, że niedźwiedzie zajęte są magazynowaniem tradycyjnych zapasów na zimę i nie będą się interesować żylastym cyklistą i jego dobytkiem.
Wyprawa Long Walk Plus Expedition po kilku miesięcznej podróży dotarła w piątek do Kalkuty. Gratulacje!
Long Walk Plus Expedition Jakuck - Kalkuta 2010 to wyprawa śladami książki Długi marsz opowiadającej prawdziwą historię Witold Glińskiego, który w 1941 r. uciekł z sowieckiego łagru pod Jakuckiem i pieszo dotarł do Kalkuty w Indiach.
Za klika dni Tomek, Bartek i Filip wrócą do Polski aby podzielić się swoimi wrażeniami oraz przygodami z tej podróży. Będzie można posłuchać ich opowieści podczas tegorocznego Explorer Festival:
21 listopada 2010 godzina 13:35 sala widowiskowa Politechniki Łódzkiej, przy ul. Politechniki 31.
Uczestnicy wyprawy Long Walk Plus Expedition aktualnie przemierzają na rowerach Płaskowyż Tybetański.
Fragment z Dziennika Podróży
Po pokonaniu północnej części Płaskowyżu Tybetańskiego dotarliśmy do stolicy Tybetu, Lhasy. Był to zdecydowanie najtrudniejszy etap naszej wędrówki, głównie z powodu porywistego wiatru i tym samym dużego wysiłku na wysokościach przekraczających często 5000 n.p.m. Dopiero w Lhasie mogliśmy się zregenerować. Odpoczywaliśmy przez trzy dni.

Przez ostatnie dwa tygodnie przedzieraliśmy się przez północną część płaskowyżu tybetańskiego i wreszcie dotarliśmy do stolicy Tybetu. Kraina przez którą jechaliśmy to ogromne pustkowie położone właściwie cały czas powyżej 4.500 m. npm. O wysokościach jeszcze napisze ale najpierw słowo klucz: "wiatr, wiatr i jeszcze raz wiatr". Nasz nieodłączny towarzysz a właściwie koszmarny wróg. Przez całą drogę atakowały nas huraganowe podmuchy wiejące prostu w twarz i powodujące, ze jazda stawała się niemalże niemożliwa (7 km/h czyli mniej więcej w tempie marszowym) a często zmuszające nas do pchania rowerów albo chowania się w przydrożnych rowach. Dodatkowo klimat na wyżynie jest niezwykle ostry, także nocami temperatura spadała mocno poniżej zera, a w ciągu dnia mieliśmy burze gradowe, opady śniegu, chwile później bardzo mocne słońce (skóra z twarzy schodzi systematycznie co kilka dni...) i wreszcie wieczorem znowu trzaskający mróz.

Uczestnicy wyprawy Long Walk Plus Expedition aktualnie przemierzają Chiny. Łącznie przejechali na rowerach już 2000 kilometrów w tym 1000 kilometrów przez Chiny i dalej zmierzają w kierunku płaskowyżu tybetańskiego. Przed nim Tybet oraz wysokie przełęcze a co za tym związanie sprawdzenie swojego organizmu na wysokościach powyżej 4000 m npm. O tym jak przebiega ich podróż można przeczytać na blogu wyprawy http://longwalkplus.blog.onet.pl/
Campa w sakwach czyli rowerem na Dach Świata
Autor: Piotr Strzeżysz
Moje Indie. Przygoda nie pyta o adres - książka podróżnicza
Autor: Jarosłwa Kret
Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936Autor: Halina Korolec-Bujakowska