
08.04.2008 r. wtorek
Ostatnia noc minęła spokojnie (Gdańsk - Przymorze), ale krótko - spałem tylko 5 godz. (pakowałem się do 1 w nocy). Wstałem o 6 i od razy nie miła informacja - było pochmurno i siąpił deszcz. Szybka toaleta, śniadanie, ostatnie pakowanie rzeczy i wynoszenie sprzętu na dwór, a następnie jego mocowanie na rowerze i w przyczepce. O 7.30 byłem na mszy (trochę się spóźniłem), po której ksiądz poświęcił rower i sprzęt i pobłogosławił mnie.
Po mszy na Gdańskim Przymorzu pojechałem do Sopotu na start, który był przy ul. Boh. Monte Cassino (popularny Monciak), gdzie na 9.00 przewidywałem start. Było jednak mnóstwo dziennikarzy i dużo wywiadów, więc ruszyłem z prawie 40 min. opóźnieniem. Żegnała mnie rodzina, przyjaciele i znajomi oraz Prezydent Sopotu Jacek Karnowski i Wiceprezes Energii Zakładu Elektrowni Wodnych w Straszynie Wiceprezes Maciej Romanow.

No muszę przyznać, że czuję się jak kosmonauta. Dlaczego? A to z powodu ciągłego przekładania daty wylotu. Najpierw miałem lecieć 13 października, później 17 października czyli wczoraj, a ostatecznie wylecę pewnie jutro. Przekładam datę wylotu tak jak Amerykanie start wahadłowców.
Wczoraj nie wyleciałem, bo Aeroswit miał kilkadziesiąt więcej rezerwacji niż było miejsc w samolocie i nie było pewności czy by mnie wzięli. I jeszcze ten rower... Tak więc planowany wylot mam jutro o godz. 11-ej. Nie udało się wynegocjować z Aeroflotem jakiejś konkretnej kwoty za przewóz roweru - będziemy negocjować na lotnisku. Mam nadzieję, że tym razem już wylecę i następnym razem (w czwartek odezwę się już Delhi).

dzień w skrócie
Jak się człowiekowi nudzi i chce sobie powalczyć z techniką, to serwuje sobie wycieczkę naszymi kolejami... i tak dzień umyka
Zdaje się, że dotarliśmy do Gdańska, pociągiem - rzecz jasna. Cóż, że tłoczno i w niektórych wagonach mróz, że na szybach kwitną lodowe kwiaty. To dla nas jedyny środek transportu. Jeszcze Polska, dworzec Gdańsk Główny. Pędzimy na kolejkę SKM relacji Gdańsk Brzeźno - ostatniej przed odpłynięciem promu. W pociągu ruderze jedzie jeszcze trochę ludzi zmierzających do tego samego celu.
Brzeźno to ostatnia stacja przed portem. Dalej pociąg już nie jedzie, bo któż by dalej chciał jeździć. Ze stacji jeszcze kilkaset metrów spaceru do terminalu promowego. Na terminalu ludzi przybywa, lecz ci turyści jacyś dziwni. Większość płynie do Szwecji "za chlebem". Odprawa celna bez kłopotów, choć w plecaku przemycamy 30 działek "słabo oczyszczonej koki" (liofilizowane serki homogenizowane) i 26 paczek prasowanej "trawy" (liofilizowane potrawy obiadowe).

Wejście na szczyt Croda Rossa di Sesto 2939m npm.
dzień w skrócie
Nareszcie idziemy w góry, a dokładnie na Croda Rossa di Sesto. Najpierw do górnej stacji kolejki Pati di Croda Rossa. Około 11:30 musimy chować się w skalnej kolebie przed burzą. Po dwóch godzinach siedzenia w kucki wychodzi słońce. Ruszamy do góry. Zaczynają się pierwsze ubezpieczenia. Co jakiś czas mijamy fortyfikacje i umocnienia z I wojny światowej. O 16-tej jesteśmy na szczycie. Jeszcze tylko pamiątkowy wpis do książki i schodzimy. Zachwyceni górami wracamy na camping. W ostatniej chwili udało nam się dotrzeć do namiotu przed solidną ulewą. Uff! Znowu się udało.

Trasa: Malga Ciapela camp - Sottoguda - Pian - Bosko Verde - Col di Rocca - Rocca Pietore- Digonera - Pieve di Livinallongo - Brenta - Renaz - Arabba - przełęcz Passo di Campolongo 1875m npm - Corvara
dzień w skrócie
Poranek przywitał nas pochmurny. Dobrze że nie pada możemy wystartować. Powoli zaczynamy wracać do domu. Zdążamy na północ przez przełęcz Passo di Compolongo do Corvary. Po drodze mamy piękne widoki najpierw na Civettę i Marmoladę, a potem na masyw Sella i Punta Badia. Na campingu niespodzianka karty magnetyczne do segmentu socjalnego.

Trasa: Łódź Kaliska -> -> Kłodzko (pociągiem) - Radków - Pasterka
dzień w skrócie
Dzień startowy. Pogoda za oknem nie napawa optymizmem. Podróż pociągiem na miejsce startu, choć nie bez problemów, przeniosła nas jednak w obszary ładnej pogody. Z Kłodzka ruszyliśmy w kierunku Radkowa a potem w okolice masywu Szczelińca. Miejscem pierwszego noclegu była chata ŁKW znajdująca się w Pasterce. Nie od razu znaleźliśmy się w jej wnętrzu, ale nasza cierpliwość wytrzymała próbę czasu.
Campa w sakwach czyli rowerem na Dach Świata
Autor: Piotr Strzeżysz
Moje Indie. Przygoda nie pyta o adres - książka podróżnicza
Autor: Jarosłwa Kret
Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934-1936Autor: Halina Korolec-Bujakowska